piątek, stycznia 11, 2019

Genialna Przyjaciółka Eleny Ferrante


Dawno  już nie czytałam taaakiej książki. Poruszyła we mnie wszelkie możliwe struny, zrodziła w głowie pytania o to, jacy jesteśmy, a przede wszystkim, jaka jest główna bohaterka ksiązki- Lina Cerullo. Czy Lina jest genialna, czy Lina jest dobra .... czy Lina jest po prostu zwyczajna i tylko w oczach swojej przyjaciółki zdaje się urastać do rangi heroicznej bogini.

Dwie małe dziewczynki żyją ramię w ramię w okropnej dzielnicy na przedmieściach okropnego Neapolu lat 60 tych. Kobiety sa bite regularnie przez mężów, którzy mają nad nimi władzę absolutną. Męzczyźni namiętnie kobiety zdradzają, ale im samym nie pozwolą wychodzić bez eskorty.
To świat nieprzyjazny kobietom, a co dopiero małym dziewczynkom. Świat w którym powoli zaczyna działac mafia, rodzi się rebelia i ciagoty rewolucyjne. Świat, w którym głęboko oddycha  faszyzm i faszyści. Dzięki książce poznajemy pięćdziesiąt lat z życia Włoch i Włoszek, bo narratorką i autorką książki " Genialna przyjaciółka" jest Włoszka - Ellena Ferrante.

W książce od samego poczatku odnalazłam siebie, nie w jakiejś konkretnej postaci, ale w wielu postaciach. Klimat Neapolu lat 50tych przystaje ładnie do klimatu Łodzi lat 80 tych i mojego podwórka, na którym działy się rzeczy najdziwniejsze, najstraszniejsze i najpiękniejsze.
Były dzieci, dzieci i ryby głosu nie miały, byli dorośli, którzy pilnowali nas i olewali nas i bili nas, kiedy uznali, że zaszła taka potrzeba. Były miłostki i zdrady, zabójstwa, samobójstwa i przypadkowe śmierci. Były przejechane przez nieliczne samochody psy i były wozy z końmi, wożące wegiel po ulicy.

Podwórko - studnia i dzielnica z książki to dla mnie to samo. I to, że  wszyscy moi przyjaciele z dzieciństwa, jak jeden mąż w wieku 18 lat wychodzili za mąż albo żenili się, rodzili dzieci i szli do pracy. Zawsze do podobnej: po szkole handlowej - do sklepy spożywczego albo mięsnego. Po samochodówce - do warsztatu. Można było iść jeszcze " na fryzjerkę" i na budowę.
Wybór był niewielki w latach 80tych, jak się pochodziło z rodziny robotniczej.
A na moim podwórku  w s z y s c y  pochodzili z rodzin robotniczych. Wszyscy .... oprócz mojej matki i mnie. Na pewnie 200-300 osób zamieszkujących podwórko, tylko moja matka miała wyższe wykształcenie. Była anuczycielką, a ja byłam córką nauczycielki.
Nie miała imienia, ani nazwiska, ale miała swoje stanowisko.

Wychowywałam się więc, jak wszyscy inni i wszystko  miałam, takie jak inni, łzy, zadrapania, kopniaki, chleb z cukrem i mało ciuchów. Miałam wszy, kiedy inni je mieli i chodziłam z dzieciakami na półkolonie z TPD do małego mlecznego baru, w którym były karaluchy.

Jedyna różnica, jaka między nami istniała, ale niewidoczna dla oczu, to pewność mojej matki, że ja pójdę do liceum, a później na studia. Że nie ważne, gdzie się wychowuję, nie ważne z kim się przyjaźnię - ja będę miała wykształcenie.

Na moim pdowórku wykształcenie nie miało żadnego znaczenia, i tak było wiadomo, że nikt go nie zdobędzie.
Ale budziło szacunek i o ile nikt nie szanował bardziej mnie, to ludzie szanowali bardziej moją matkę, właśnie dlatego, że uczyła w szkole. Jak zrobiła coś głupiego, a oczywiście robiła wiele głupich rzeczy, to sąsiedzi dziwili się - ale jak to, przecież to nauczycielka!?-

W podstawówce wszyscy byliśmy totalnie równi. Później ja, jako jedyna poszłam do liceum.
Nadal byliśmy równi, ale nasze drogi zaczęły się rozchodzić. Miałam nowych znajomych spoza podwórka, z mojego LO.
W tamtym czasie wyjechałam też .... co było w mojej dzielnicy absolutnie niemożliwe daleko za granicę. Ojciec ( kurde zapomniałam, że mój ojciec był wtedy juz naukowcem, a później został profesorem) zabrał mnie do Kuwejtu.

W moim życiu zaczeły się więc dziać rzeczy absolutnie niemożliwe w mojej dzielnicy. Większość dzieciaków, wtedy już nastolatków, z którymi dorastałam, nie widziało nawet polskiego morza, czy gór.
A ja wyjechałam uczyć się w międzynarodowej szkole ....
Nie czułam się z tego powodu lepsza. Czułam się z tego powodu dziwnie.
Bo brakowało mi bardzo podstawowej rzeczy, pewności siebie. Kiedy ktoś mnie spotykał i ze mną rozmawiał, to myślał, że jestem takim " bananowym dzieckiem" , co to wszystko ma, a ja w tym czasie wstydziłam się przed kolegami ze szkoły czarno białego telewizora i nie pozwalałam go matce włączać, gdy ktoś do mnie przychodził.

Pochodziłam z moich slamsów. Moje mieszkanie wyglądało, jak slams. I kiedy porywał mnie inny świat, nie wiedziałam, jak się odnaleźć, nie w tym świecie ale w swoim własnym swiecie domowym.
Czy mam się go wstydzić? W jakimś sensie się go wstydziłam, w jakimś byłam z niego dumna.

Moje życie to sporo wstydzenia się za rzeczy, na które nie miałam żadnego wpływu. Najpierw - wstyd, że jako jedyne dziecko w klasie w podstawówce nie mam ojca. Że  mój ojciec nie umarł, nie uciekł, ale że nigdy nawet nie był mężem mojej matki. Takie rzeczy nie miały miejsca nawet w naszej dzielnicy. Wtedy jeszcze małżeństwo było rzeczą ważną. Myślę, że gdybym nieszkała na wsi, jako bękart jadłabym razem z psami. Nikomu jednak w mojej dzielnicy nie przeszkadzało, że byłam bękartem.
Prawdopodobnie opowiadałam, że matka  miała z ojcem ślub i że się rozwiedli.

Zdobyłam wykształcenie, chociaż zamiast iść na łatwiznę filozofię, lepiej zrobiłabym wybierając polonistykę, albo reżyserię. Te rzeczy  mnie  pasjonowały.
Po filozofii, zrobiłam się wygadana, oczytana i wydawało mi się, że mądrzejsza od wszystkich.
Dzięki temu poznałam kilku mądrych i fajnych facetów, którzy byli w moim życiu krócej lub dłużej.
Dzięki temu, że byłam inteligentna zakochał się we mnie przez internet John, mój obecny mąż.
W tym sensie wykształcenie zabrało mnie z miejsca w mojej ubogiej dzielnicy i umieściło tu gdzie teraz jestem - w ładnym domu przy lesie.

Wykształcenie nie dało mi jednak większej pewności siebie, bo pewność siebie nie jest chyba uzależniona od wykształcenia, jest cechą którą się ma lub, której się nie ma.

Czytając Ferrante, cały czas czułam, że książka jest mi bliska, bo opisuje pewien mechanizm. Nie wiedziałam tylko, w jakim celu  go opisuje.
Najpierw wydawało mi się, że wykształcenie umożliwa wyrwanie sie z biedy, nawet jeśli człowiek pochodzi mówiac językiem książki z plebsu i to właśnie przydarza się głownej bohaterce Lenie Greco.
Co jednak, kiedy pomimo genialnego umysłu, jaki zdaje się mieć Lina, osoba nie idzie na studia, nie idzie do liceum. Kiedy to wszystko gaśnie, rozmywa się. Co, kiedy jesteś bardzo zdolna, ale nie jesteś wytrwała? Brak wytrwałości zaprzepaszcza wysiłek i nie daje rezultatów.

Lina i Lena żyją zupełnie inaczej, ale na końcu swojej drogi są w jakimś sensie w tym samym miejscu, obie w depresji, obie samotne. W starości nasze nawet największe osiągnięcia blakną i zaczynamy się rozmywać i profesor i lekarka i nauczycielka i sprzataczka.
Znikamy bez względu na nasze osiągnięcia, przeżyte szcześcia i przeżyte tragedie. Nikt już o nas nie pamięta. Nikt już nie pamięta naszych zabawek lalkami, naszych upadków na rowerach i upadków w życiu. Naszych smutków, naszych strat, wreszcie naszych sukcesów.

Może Lina w swojej genialności wiedziała o tym od początku. I dlatego nie dzieliła ambicji Leny.
A może nie wiedziała o niczym, bo tylko w oczach Leny była geniuszem, który w wieku 6 lat pisał już skomplikowane wyrazy.
Książka nie odpowiedziała na moje pytanie. Dziś muszę ją obgadać z moją matką i może zrozumiem więcej. Bo rozumiejąc więcej z tej książki zrozumiem więcej z siebie. W tym własnie upatruję jej genialną, genialną moc.

Brak komentarzy: